10 październik 2008 o godzinie 10:35
Sprawy wokół zdezelowanego kosmicznego teleskopu Hubble’a ponownie się komplikują i cała historia nabiera niezdrowych rumieńców. Pisałem już o tym, że wkrótce ma dojść do dość ryzykownej próby przełączenia uszkodzonego systemu teleskopu na jego układ rezerwowy, co, podobno, nastąpić ma 15 października (póki co operatorzy teleskopu czekają na zielone światło ze strony szefostwa NASA), i, biorąc pod uwagę przewidywany czas 47 godzin na cały proces przełączenia, teleskop powinien na koniec następnego tygodnia, jeśli wszystko pójdzie gładko, znów dostarczać dane obserwacyjne na Ziemię. Wszystko pięknie, jednak problem pojawił się z dość nieoczekiwanej strony - jak wiadomo układ rezerwowy nie ma kolejnego, tym razem swojego układu rezerwowego, dlatego NASA zdecydowała, mądrze zresztą w mojej opinii czyniąc, by opóźnić lot serwisowy wahadłowca do teleskopu i przesunąć start z października tego roku na luty 2009, by wymienić pierwszy, felerny układ, od którego rozpoczął się cały przykry ambaras. I w tym właśnie tkwi szkopuł: układ, który przeleżał wiele lat w przepastnych trzewiach agencji nie wydaje się być zbyt sprawnym, delikatnie mówiąc, co może ponownie opóźnić lot serwisowy do teleskopu.
Urządzenie, zwane Science Instrument/Command & Data Handling (SI/C&DH), leżało dotąd w błogim spokoju w magazynach NASA Goddard Space Flight Center (Greenbelt, Maryland, USA), zapomniane przez niemal wszystkich, nie wyłączając “magazynierów”. Niemal, bo jednak w międzyczasie, od momentu jego stworzenia na początku lat 90′tych minionego wieku, przeprowadzano na nim kilkakrotnie obligatoryjne testy. Samo urządzenie nie jest dokładną kopią układu na pokładzie teleskopu, gdyż zostało wykoncypowane w późniejszym czasie, niż sam teleskop, co może powodować problemy ze względu na odmienną, zastosowaną w nim technologię. Co gorsza, przebudzeni z letargu “magazynierzy” NASA pogrzebali w swoich zapiskach odnośnie przeprowadzanych na układzie testów i prób, które jednoznacznie wykazały, że w ich trakcie w układzie pojawiały się zwarcia i “anomalie”, które - co rzeczywiście mocno frapujące - nigdy nie zostało tak naprawdę rozwiązane. Z pewnością nikt swego czasu nie przypuszczał, iż w teleskopie akurat ten element może się zepsuć, więc spuszczono litościwie na tajemnicze usterki układu zasłonę milczenia.
Wniosek jest dość ponury (abstrahując od tego, że w agencji mimo wszystko panuje niezły bajzel), gdyż prawdopodobnie, ostrożnie oceniając możliwe ryzyka, sprzęt nie będzie gotowy nawet na luty 2009. Misja serwisowa może odbyć się jeszcze później, niż obecnie się planuje, co jak myślę zapewne nie przyczyni się do przedwczesnej śmierci teleskopu, sprawia jednak duży kłopot planistom agencji, którzy przecież w 2010 zgodnie z planem wycofują sczupłą flotę wahadłowców z użytku.
Zdjęcie: Może czas na zmianę emblematu dla agencji?;)
Credit: Wired.com/Patch design by Head of The State
Opublikowany w kategorii SONDY KOSMICZNE, WYDARZENIA
7 komentarzy »
9 październik 2008 o godzinie 17:59
Zanim podano do publicznej wiadomości nazwiska osób nagrodzonych tegoroczną nagrodą Nobla z fizyki, w polskich mediach działy się fascynujące rzeczy - z jednej strony front optymistów, wieszczących, że Polak, prof. Aleksander Wolszczan, Nobla z całą pewnością otrzymać musi (o czym świadczyć mogą takie tytuły, jak: “Wolszczan jak Kopernik i na Nobla zasługuje” lub “Wolszczan czeka na Nobla”), z drugiej jednak - chyba mocniejszym jednak głosem - malkontenci, przerażeni już tylko samą możliwością, że wredny współpracownik SB nagrodę dostać mógłby (polecam tutaj szczególnie ciekawy tekst, choć nie powiedziałbym, że źródło to “media” w prawidłowym sensie: “Nobel uznał wyższość teorii trzech kwarków nad bezwstydną praktyką Wolszczana, donoszenia do SB na kolegów astronomów!”; ciekawie wypowiedział się też Onet: “Prof. Wolszczan, mimo kontaktów z SB, otrzyma Nobla z fizyki?”). Osobiście reprezentuję “drogę złotego środka” (warto przeczytać ciekawy tekst na Pardon.pl: “Wolszczan - jak nie Nobel, to może… deportacja?”), tzn. zachowując mój ulubiony dystans do przybrudzonego silnie światka politycznych dyskusji powiem tylko tyle, że daleki jestem od pochwał dla współpracy z tajnymi służbami jakiegokolwiek systemu czy kraju, jednak miesza się tutaj dwie zasadniczo różne sprawy.
Prof. Wolszczan współpracował podobno z SB, co mi jednak - olaboga, co za draństwo - w niczym nie przeszkadza. O ile mogę wiedzieć, jego szatańska działalność nie zaszkodziła ani mojej rodzinie, ani znajomym, a moje zainteresowanie poza tym kręgiem niestety się kończy, bo krokodylich łez nad losem wszystkich ludzi na świecie nie miałem dotąd w zwyczaju wylewać. Tak ścisłe wiązanie jednak współpracy z SB i nagrody Nobla to kuriozalna sprawa - czyżby wszyscy nobliści byli tak nieskazitelni, żaden Amerykanin nie współpracował z CIA (co do której agencji można mieć wiele zastrzeżeń w związku z jej etyką) czy Rosjanin z KGB? Decydująca kwestia to sens samej nagrody, którą Szwedzi nadają (przynajmniej w naukach przyrodniczych) nie za ładny uśmiech i bielutki życiorys, a za faktyczne osiągnięcia w danej dziedzinie nauki. No chyba że prof. Wolszczan odkrył pierwsze pozasłoneczne planety w ramach współpracy z SB, co wydaje mi się jednak mało prawdopodobne, szczególnie że dokonał tego w latach 90′tych minionego wieku.
Wydaje mi się, że - choć odkrycie przez prof. Wolszczana w 1992 roku systemu planetarnego w układzie PSR 1257+12 to rzecz przełomowa - sam profesor nie dostał nagrody między innymi dlatego, że zbyt młody z niego człowiek. W końcu ma zaledwie 46 lat, jeszcze prawdopodobnie długo pożyje, czego nie można niestety powiedzieć (choć nic złego nie życzę) o niektórych z laureatów nagrody, zresztą pojawiały się też opinie, że dostali je za późno. Tak więc sądzę, że prof. Wolszczan ma jeszcze czas na Nobla, którego pewnie w swoim czasie dostanie.
Nobel z fizyki w tym roku powędrował do rąk naukowców - nie umniejszając zasług polskiego astronoma - którzy wnieśli duży, fundamentalny wkład do współczesnego rozumienia prawideł rządzących Wszechświatem. Yoichiro Nambu (88 lat!!), Makoto Kobayashi (64 lata) oraz Toshihida Masakawa (68 lat) to trójka Japończyków (przy czym Nambu to Amerykanin japońskiego pochodzenia), którzy dostali do podziału ok. 3,5 mln złotych nagrody (Nambu połowę sumki, dwaj pozostali po ćwiartce), zajmowali się - choć w różnym czasie i zmierzając do innych celów - szeroko pojętą symetrią naszego Wszechświata w skali mikroskopowej.
Nambu dostał połowę nagrody nie bez powodu - już w 1960 roku był on pierwszym teoretykiem, który stworzył podwaliny teorii próbującej wyjaśnić zastanawiający aspekt poznawanej dopiero wtedy dokładniej materii na poziomie cząstek elementarnych: próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego występują różnice w masach cząstek pośredniczących w oddziaływaniach podstawowych. Wcześniejsze teoretyczne rozważania podpowiadały wszakże, że cząstki te powinne być bezmasowe, i rzeczywiście, foton (”posłaniec” oddziaływania elektromagnetycznego) jak i gluon (wiążący kwarki w oddziaływaniu silnym) miały zerowe masy. Jednak cząstki pośredniczące w tzw. oddziaływaniu słabym (odpowiedzialnym za rozpad radioaktywny cząstek), tzw. bozony W+, W- oraz Z0, okazały się być bardzo masywne: ich masy sięgają kilkudziesięciu mas protonów! Nikt nie miał bladego pojęcia, dlaczego istnieją tak wielkie różnice, dopiero Nambu próbował jako pierwszy powiązać ten fakt z tzw. spontanicznym łamaniem symetrii.
Symetrii znamy wiele rodzajów, stanowią też one bardzo ważny aspekt naszej fizycznej rzeczywistości. Bardzo oględnie mówiąc, w omawianym kontekście akurat, symetria cząstek to możliwość dokonywania przekształceń cząstek przykładowo względem przestrzeni lub czasu. Inaczej mówiąc, na przykładzie czasu: zachowana symetria powoduje, że jakieś zjawisko przebiega tak samo niezależnie od tego, czy czas płynie “do przodu”, czy też “do tyłu”. Nambu wykoncypował ideę, że masy cząstek przenoszących oddziaływania mogą wynikać z tzw. spontanicznego łamania symetrii, czyli - sięgając do powyższego przykładu - zjawisko przebiega różnie zależnie od kierunku czasu, “spontanicznie” natomiast (jeśli dobrze to rozumiem) dlatego, że wynika to z pewnych praw fizyki. Może to wszystko wydawać się mało zrozumiałe (sam niewiele pojmuję z tego), jednak warto zaznaczyć, że pomysły Nambu otwarły niejakiemu Peterowi Higgsowi (coś już kojarzycie?) drogę do stworzenia swej “boskiej cząstki”, czyli teorii o istnieniu cząstki Higgsa, nadającej hipotetycznie wszystkim cząstkom masę i tak wyczekiwanej w, zepsutym póki co, niestety, Wielkim Zderzaczu Hadronów.
Łamanie symetrii to, wbrew pozorom, zjawisko dla nas bardzo korzystne. Często powtarza się przykład, w którym rozważa się zamierzchłą historię Wszechświata, pierwsze chwile po Wielkim Wybuchu: wówczas to, zgodnie z teoriami, powstać musiała dokładnie taka sama ilość materii i antymaterii. Gdyby jednak symetria ta nie była złamana (gdzieś czytałem, że mówimy tutaj o mikroskopijnej różnicy, o kolosalnym jednak dla nas znaczeniu: bodajże na miliard cząstek antymaterii przypadała miliard i jedna więcej cząstka materii), nie pisałbym tego teraz i nikt też nie miałby wątpliwej możliwości tekst czytać.
Panowie Kobayashi i Masakawa, jako “młodzieńcy” w stosunku do nestora Nambu, opublikowali swą najważniejszą pracę w roku 1973. Dotyczyła ona również łamania, ale innej symetrii, tzw. symetrii CP. Co to dokładnie znaczy, tego tak naprawdę mój ciasny umysł pojąć nie umie (choć się starałem, gwarantuję), w każdym bądź razie dotyczy to chyba między innymi symetrii związanej z zamianą cząstki w antycząstkę i vice versa, która czasem jest niezachowana. Mniejsza o to, skoro i tak nie rozumiem tematu nie będę się nad nim rozwodził: innym ważnym aspektem badań prowadzonych przez obu Japończyków jest również to, że rozbudowali oni istniejącą gromadkę kwarków o trzy kolejne (wedle “zapachów”: “charm”, czyli “powabny”; “top”, czyli “wysoki” oraz “bottom”, czyli “spodni”).
Zdjęcie: Laureaci nagrody Nobla z fizyki w 2008 roku
Credit: Shanghaidaily.com
Źródła:
Opublikowany w kategorii FIZYKA, FIZYKA CZĄSTEK, NAUKA, WYDARZENIA
13 komentarzy »
7 październik 2008 o godzinie 10:46
Rozpocznę od kilku krótkich uderzeń w pierś - nietrudno zauważyć w ostatnim czasie, że względnie rzadko udzielam się w komentarzach, co w przeszłości wyglądało mimo wszystko trochę inaczej. Nie oznacza to jednak, że straciłem zainteresowanie komentarzami (i komentującymi, rzecz jasna), wręcz przeciwnie, staram się na bieżąco komentarze czytać, co też czynię z niekłamaną przyjemnością (skądinąd komentarze właśnie sprawiają, że strona żyje i ma jakąś wartość). Tak się jednak składa, że ostatnie dni są dość zwichrowane i męczące dla mnie, dlatego też brak nierzadko sił na dorzucenie czegoś od siebie lub na odpowiedź komentującym. Kiedy tylko pewne rzeczy się ułożą, obiecuję większą aktywność.
Cóż natomiast dzieje się w szerokim świecie? Nie będzie zaskoczeniem, jeśli zacznę od informacji związanej z Wielkim Zderzaczem Hadronów (LHC), w którym - choć jeszcze nie zidentyfikowano usterki bezpośrednio - najprawdopodobniej zupełnie prozaiczna sprawa spowodowała koszmarny przestój: jeszcze trochę potrwa “przywracanie” maszyny do temperatury pokojowej (i dopiero wtedy naukowcy będą mogli grzebać w maszynie szukając usterki), jednak zgodnie z tym, co powiada szef projektu LHC, Lyn Evans, najprawdopodobniej awaria, opóźniająca pracę pełną parą akceleratora nawet do końca maja 2009 roku, to po prostu “poor soldering job” (kiepskie zlutowanie) na jednym z 10 tysięcy połączeń połączeń elektrycznych, opinających LHC, prowadzące do katastrofalnego w skutkach zwarcia. Co prawda - jak optymistycznie zauważa Evans - jedno zwarcie na 10 tysięcy połączeń to wynik niezły, trzeba jednak przyznać, że ludzka wyobraźnia podsuwała niektórym chyba już stanowczo ciekawsze scenariusze, z których moim ulubieńcem jest wariant, w którym niejaki Gordon Freeman (co jest niestety zabawne tylko dla fanatyków gry komputerowej “Half Life”, do których należę osobiście) maczał palce w budowie akceleratora (polecam genialne zdjęcie obok!). Cóż - monter kiepsko polutował drucik i zatrzymał akcelerator na ponad pół roku. Tak bywa.
Maszyna więc jeszcze sporo postoi, zanim coś się zacznie w niej dziać ciekawego. Ważne jednak, że, jak się przynajmniej obecnie wydaje, nic nie stoi już na przeszkodzie od strony prawnej, by naukowcy zderzali w świętym spokoju protony. Dawno, dawno temu pisałem o kuriozalnym pozwie sądowym, jaki bliżej nieokreśleni Hawajczycy złożyli przeciw chyba wszystkim organizacjom, które miały coś do czynienia z budową LHC. Amerykański sąd, który miał pecha sprawę rozpatrywać, babrał się w temacie przez długie siedem miesięcy, zanim wymęczył decyzję, rozczarowującą zapewne pozywających. Jak można się bowiem było spodziewać, sąd federalny odrzucił w końcu pozew ze względu na to, że europejska organizacja, ze względnie niewielkim wkładem finansowym USA, nie może podlegać jurysdykcji Jankesów. Proste? Oczywiście, choć biorąc pod uwagę imperialne ciągoty Amerykanów nic nas nie powinno dziwić. W każdym bądź razie pozew został oddalony, trzeba też zauważyć sumaryczny pozytywny efekt całej tej zadymy: dzięki panicznym akcjom Hawajczyków LHC znalazł się w centrum uwagi mediów, nie pamiętam bowiem kiedy ostatnio widziałem tyle newsów na temat naukowego eksperymentu.
Jak można było zauważyć w ostatnich tygodniach, wiele rzeczy idzie nie po myśli naukowców (nie wspominam już o ogólnej sytuacji gospodarczej na świecie, szczególnie w sektorze finansowym, która dotknie w końcu nas wszystkich): LHC padł, teleskop Hubble’a padł, do tego nasze swojskie Słońce zalicza niepokojąco spokojny rok pod względem aktywności. Kilkakrotnie pisałem już o tym, jak to astronomowie z rozpędu ogłaszali początek nowego cyklu słonecznego, następnie go odwoływali, obecnie wiadomo jednak, że rok 2008 pod względem słonecznej aktywności jest naprawdę wyjątkowy: od pięćdziesięciu lat nie zaliczono na konto Słońca tak wielu dni bez plam słonecznych w ciągu roku (na dzień 27. września było ich 200). Co prawda to nic strasznego, bo w końcu jesteśmy w minimum aktywności słonecznej, bywało też za dawnych czasów gorzej, jednak dochodzi do tego coś jeszcze: jak podpowiadają nam pomiary wykonywane przez sondę kosmiczną Ulysses, od kilku lat maleje ciśnienie wiatru słonecznego, wydobywającego się ze Słońca, osiągając obecnie wartości niespotykane od początku takich pomiarów. Nie wiadomo do końca, w jaki sposób oba zjawiska - brak plam oraz słabnący wiatr słoneczny - są ze sobą powiązane, jednak o ile brak plam nikomu szczególnie nie przeszkadza, to osłabiony wiatr słoneczny niesie ze sobą pewne ryzyka - nie można zapominać o tym, że właśnie to zjawisko tworzy naturalną osłonę układu Słonecznego przed promieniowaniem przybywającym z dalekiego Kosmosu. Powłoka ochronna Układu się kurczy a my nie wiemy, kiedy przestanie.
Ponuro to wszystko wygląda, dlatego na koniec informacja znacznie przyjemniejsza: radzę się pospieszyć zainteresowanym, którzy chcieliby w nadchodzącym, 2009 roku, na swej ścianie powiesić rewelacyjny kalendarz ze zdjęciami amatorskimi nieba o nazwie Astrofotografia Amatorska 2009. Dzięki pomocy sponsorów zapaleńcy-amatorzy wydają już po raz trzeci kalendarz ścienny (format A3!), zawierający wybrane, najlepsze prace astronomów-hobbystów (jeśli zrobiliście fajne zdjęcia, zgłaszać można je do końca tego miesiąca). Spieszyć trzeba się dlatego, że nakład ograniczony jest do 2000 sztuk (z czego zostało kilkaset na dzisiaj), dla niezdecydowanych ważna będzie też informacja, że kalendarz jak i jego dostawa (!) są bezpłatne. Wyśmienita inicjatywa, choć szczerze powiem, że nie miałbym nic przeciwko jakiejś wpłacie z tego tytułu - bo warto.
Zdjęcie: To teraz wszystko już jasne…
Opublikowany w kategorii FIZYKA CZĄSTEK, LHC, NAUKA, SONDY KOSMICZNE, SŁOŃCE, WYDARZENIA
15 komentarzy »
1 październik 2008 o godzinie 13:29
W ostatnich czasach pisuję względnie rzadko - wiele jest spraw, które zmuszają do zajęcia się wpierw nimi, dopiero w następnej kolejności mogę sobie pozwolić na poświęcenie mimo wszystko wymiernego, wcale nie tak małego czasu na stworzenie wpisu. Tym razem jednak przerwa zaskakująco krótka, wymuszona wydarzeniami, które - niestety - nie nastrajają zbyt optymistycznie. Zaledwie kilka tygodni temu doszło bowiem do poważnej awarii LHC, teraz przyszła kolej na wysłużony teleskop Hubble’a (dodatkowo - dziś właśnie NASA obchodzi swój jubileusz: 50 lat istnienia agencji).
O gigantycznym znaczeniu kosmicznego teleskopu Hubble’a dla współczesnej astronomii nie muszę chyba nikogo przy zdrowych zmysłach przekonywać. W ciągu 18 lat swej niemal nieustannej pracy instrument ten oddał naukowcom nieocenione usługi, dostarczając na Ziemię niezliczone ilości zapierających dech w piersiach zdjęć Wszechświata, nie zakłóconych niczym przez wredną atmosferę naszej planety. 18 lat to szmat czasu i trudno się dziwić, że komponenty urządzenia, znajdujące się w przestrzeni kosmicznej, bombardowane nieubłaganie promieniowaniem kosmicznym, kiedyś muszą odmówić współpracy. W konferencji zwołanej przez agencję NASA w poniedziałek, 29. września, przedstawiono informację, która z przysłowiową prędkością światła rozeszła się po całym świecie - teleskop zaprzestał przesyłania danych na Ziemię. Dwa dni wcześniej system sterujący magazynowaniem i przesyłaniem danych zebranych podczas obserwacji na Ziemię, Control Unit/Science Data Formatter (CU/SDF), działający stabilnie przez 18 lat, niemal bez przerwy (postawmy sobie pytanie, czy korzystamy jeszcze z 18-letnich komputerów w domach?), wpadł w duże tarapaty - układ zorientował się, że w jego działaniu pojawiają się liczne błędy i przeszedł automatycznie w tzw. “safe mode” (tryb bezpieczeństwa), w którym wszelki przesył danych na Ziemię został wstrzymany. Operatorzy teleskopu w NASA próbowali co prawda zresetować układ, jednak bez powodzenia - od tego czasu teleskop milczy.
Jak wspominałem, układ ten pracował stabilnie przez niemal dwie dekady, za co należą się pochwały jego konstruktorom, nie posiadającym swego czasu dostępu do takich technologii, jakie znamy obecnie. Można więc w zasadzie mówić o szczęściu w nieszczęściu, że do takiej awarii doszło dopiero teraz. Tym bardziej, że wytęskniona przez astronomów i wypłakana niemal na kolanach w NASA ostatnia, piąta misja serwisowa teleskopu, zaplanowana już na 10 października, czyli za kilka zaledwie dni, przesunęła się wcześniej (zanim wiedziano o usterce teleskopu) na 14. października. Trudno sobie byłoby bowiem wyobrazić zafrasowanie naukowców, gdyby wymieniono gros elementów teleskopu podczas misji, wahadłowiec powróciłby na Ziemię, i dopiero wtedy doszłoby do wspomnianej awarii. Dzięki opóźnieniu - można tak powiedzieć - NASA ma czas na przygotowanie rozwiązania awarii, z tego względu misję przesunięto o kilka miesięcy, na luty 2009 roku.
Czy oznacza to, że teleskop przez pół niemal roku nie będzie pracował? Nie, gdyż wspomniany układ komputerowy posiada swoją wersję zapasową - awarii uległ CU/SDF Side A, istnieje jeszcze jego odpowiednik o nazwie Side B. W tym jeszcze tygodniu naukowcy spróbują dokonać przełączenia teleskopu na ten alternatywny układ, co jednak nie jest prostym zadaniem - CU/SDF Side B nigdy jeszcze nie pracował (ostatni raz podczas testów systemów w końcówce lat 80-tych XX wieku) i nie wiadomo, czy to przejście nie wywoła zwarć i innych problematycznych zjawisk. Trzeba też pamiętać o tym, że przełączenie musi nastąpić dla pięciu różnych układów, które muszą przejść na pracę pod kontrolą CU/SDF Side B.
Niezależnie od tego, czy CU/SDF Side B przejmie rolę zepsutego układu i wszystko znów zacznie działać, NASA planuje wykorzystać miesiące pozostające do misji serwisowej do przygotowania nowej wersji urządzenia Side A, by po misji teleskop posiadał znów “backup” układu. Zgodnie z wypowiedziami NASA w trakcie awarii układu część danych została bezpowrotnie stracona - agencja zapowiada jednak, że związane z nimi obserwacje zostaną powtórzone. W ciągu tych kilku dni od awarii w sprawie misji serwisowej podnoszono już różne argumenty - część naukowców uważa, że nie powinno się wydawać sporych pieniędzy na ratowanie kosmicznego “dziadka”, lecz inwestować tym bardziej w nowy teleskop następnej generacji. Wydaje się to jednak niesłuszne, gdyż - jeśli wszystko pójdzie dobrze - teleskop będzie pracował jeszcze (wydajniej i lepiej, bo wyposażony w nowoczesną aparaturę) 5 do 10 lat. Inna sprawa, że instrumenty, które mają polecieć zimą na orbitę, są już gotowe, trudno więc byłoby komuś wyrzucić je do kosza. Nie zapominajmy też, że następca Hubble’a - James Webb Telescope - dopiero powstaje i na orbicie znaleźć się ma dopiero w roku 2013; inna sprawa, że będzie on pracował w zakresie podczerwonym widma elektromagnetycznego, nie będzie więc prawdziwą alternatywą dla teleskopu Hubble’a, a jedynie aparatem mu równorzędnym.
Nie można jednak zapomnieć o drugiej stronie medalu - każdy miesiąc opóźnienia misji serwisowej do teleskopu to, zgodnie z szacunkami NASA, dodatkowy koszt ok. 10 milionów dolarów. Podobne szacunki wykonano dla całego projektu - stworzenie teleskopu kosztowało mniej więcej 1,6 miliarda dolarów, cała 18-letnia misja, jak dotąd, ok. 10 miliardów dolarów. Dziwnym jednak mimo wszystko byłoby zrezygnowanie w tej chwili z przyszłości urządzenia przez “zaledwie” kilkadziesiąt dodatkowych milionów, skoro na misję serwisową przeznaczono już 900 milionów dolarów.
Można rozprawiać o pieniądzach, które na pewno robią spore wrażenie, szczególnie na ludziach niezbyt przychylnych eksploracji Kosmosu i generalnie naukom przyrodniczych. Biorąc jednak pod uwagę bezcenne dane, jakie teleskop w ciągu swego żywota podarował naukowcom, nie wolno ot tak rzucać go teraz na pastwę losu.
Opublikowany w kategorii NAUKA, SONDY KOSMICZNE, WYDARZENIA
31 komentarzy »
29 wrzesień 2008 o godzinie 19:43
Kiedy w poprzednim wpisie przepowiadałem bliską przyszłość LHC, malując ją w dość ponurych barwach, nie spodziewałem się, że wykrakam to, co rzeczywiście miało miejsce trochę później. Już następnego dnia CERN opublikowała lakoniczną informację, w której termin restartu zderzacza przesunięto na wiosnę 2009 roku (mówi się o późnym marcu lub kwietniu, załóżmy więc - ostrożnie się rozumie - maj). Obecnie nieszczęsny sektor akceleratora, w którym doszło do usterki, jest “ogrzewany” do temperatury pokojowej (co powinno zająć kilka tygodni, podobno trzy do czterech), by następnie ekipa naprawcza mogła zająć się szukaniem przyczyn usterki i reperowaniem uszkodzonych elementów, tak się też nieszczęśliwie składa, że pod koniec listopada rozpoczyna się okres “zimowego snu” maszyny, w którym, zgodnie z wcześniejszymi planami, LHC miał i tak nie pracować. W wyniku tego dopiero wiosną planowane jest “wybudzenie” zderzacza, ściślej mówiąc uruchomienie go z pełną mocą 7 TeV na wiązkę. Nie do końca taki był plan (wpierw miały się odbyć próby przy energii 5 TeV, zostały jednak anulowane ze względu na napięty harmonogram, który po obecnej usterce pęka w szwach), jednak dzięki temu jest szansa, że uda się jakoś brnąć dalej bez wielkich opóźnień. Co ciekawe jednak - CERN nie zrezygnowała jak na razie z oficjalnej “gali otwarcia” LHC: mimo że maszyna nie działa i niewiele da się “otworzyć”, 21. października, jak planowano wcześniej, odbędzie się uroczysta ceremonia, do udziału w której zaproszono głowy państw łożących na budżet organizacji. Dość kuriozalna będzie to zapewne impreza, ciekaw jestem, czy dostojnicy z Polski, która również swoje trzy grosze do tej zabawy dokłada, wybiorą się na inaugurację cokolwiek “zepsutej” maszyny.
Zostawmy może jednak biedny akcelerator w spokoju - wystarczająco wiele dzieje się w naszym ulubionym światku szalonych naukowców, zajmujących się zawodowo wymyślaniem co najmniej niepokojąco brzmiących pojęć, takich jak “ciemna” energia, “ciemna” materia i… ostatnio, zupełnie niedawno, “ciemny” strumień (jak inaczej przetłumaczyć pojęcie “dark flow”?). Cóż to znowu takiego, mogą zapytać wzdychając wszyscy do reszty już zniechęceni tą wszechobecną we współczesnej kosmologii “ciemnością”? Otóż grupa naukowców, kierowana przez niejakiego Alexandra Kashlinksky’ego z NASA Goddard Space Flight Center (Greenbelt, Maryland, USA), upiera się, że odkryła właśnie coś takiego - dziwadło, które uzupełnia “ciemną” do bólu nomenklaturę kosmologów. Obserwowali oni bowiem swego czasu odległe gromady galaktyk, dokładniej 700 takich zgrupowań, położonych w odległym Wszechświecie. Co prawda nie to było celem obserwacji, jednak ku swemu wielkiemu zaskoczeniu zauważyli, że ta olbrzymia grupa gromad wykazuje pewną niepokojącą tendencję - wszystkie bez wyjątku zdają się zmierzać, niezależnie od ruchu związanego z ekspansją Wszechświata, w pewnym ściśle określonym kierunku, z prędkościami sięgającymi nawet 1000 km na sekundę (czyli kilku milionów km na godzinę). Nikt nie spodziewał się podobnego odkrycia - w końcu zakładamy od wielu lat, że Wszechświat jest, w dużej skali, jednorodny, i, co za tym idzie, nie istnieją w nim jakieś preferowane kierunki ruchu. Tymczasem przemieszczanie się 700 gromad galaktyk w jednym kierunku (ściślej w stronę połaci nieba położonej w gwiazdozbiorze Centaura) nie za bardzo pasuje do takiego scenariusza.
Wyniki swoich obserwacji naukowcy opublikowali w internetowym wydaniu “Astrophysical Journal Letters”, wzbudzając sporą sensację w hermetycznym światku kosmologów. Co prawda ostrożniejsi podchodzą do tych rewelacji z dystansem i czekają na potwierdzenie wyników przez inne zespoły badawcze, jednak niektórzy fantazjują już w najlepsze. Nikt nie wypowiada się póki co na temat, co mogłoby być powodem tak zmasowanego ruchu - jasne wydaje się jedynie, że musi to być niewyobrażalna masa, przyciągająca gromady z wielkiej połaci nieba (wedle zespołu Kashlinsky’ego ruch zarejestrowano dla gromad na przestrzeni miliarda lat świetlnych!). Sam Kashlinsky uważa nawet, że nie można tutaj mówić o materii jako takiej - w jego opinii może to być gigantyczna osobliwość (czarna dziura?), o cechach nieporównywalnych z dotąd znanymi nam obiektami. Co dodaje pikanterii temu tajemniczemu odkryciu: wszystkie gromady zmierzają w stronę czegoś, co, najprawdopodobniej, znajduje się poza naszym horyzontem obserwacji.
To spostrzeżenie pobudziło wszystkich wyznawców teorii, zgodnie z którą Wszechświat w swych początkach przechodził tzw. fazę inflacji. Bez zbytniego komplikowania - inflacja to zjawisko (w kontekście astronomicznym, ma się rozumieć, bo troszkę starsi wśród nas znają ją, i to boleśnie, sprzed lat kilkunastu, w innym) polegające na tym, że krótko po Wielkim Wybuchu Wszechświat rozszerzał się w szalonym tempie, wykładniczo, zwiększając swą objętość z prędkością większą nawet (?) niż prędkość światła. Inflacją tłumaczy się sporo danych obserwacyjnych, upychając je w obecnie obowiązującym modelu kosmologicznym, jednak istnieją też rzeczy, którym z inflacją zupełnie nie po drodze. Dlatego też - oraz ze względu na to, że samego faktu istnienia inflacji dotąd nie wykazano - każda poszlaka, mogąca umocnić wiarę w inflację jest w pewnych kręgach mile widziana. Gigantyczny ruch gromad galaktyk w stronę horyzontu widzialnego Wszechświata jest tutaj dobrym kandydatem - skoro Wszechświat rozszerzał się kiedyś niezwykle szybko powinny istnieć jego części, których nie możemy zaobserwować. I właśnie tutaj miłośnicy inflacji mają pole do popisu - gigantyczne “coś”, powodujące ów “dark flow” jest właśnie dowodem na istnienie fazy inflacji we wczesnym Kosmosie.
Niektórzy proponują już zdemolowanie standardowego modelu kosmologicznego, zakładającego homogeniczność Wszechświata, skoro istnieją jego obszary, różniące się w takim stopniu od innych. Wydaje się, że na to cokolwiek za wcześnie, tak samo niełatwo przychodzi zaakceptowanie tego zjawiska jako dowodu na istnienie inflacji, jednak przyznać trzeba, że - jeśli oczywiście wyniki badań zostaną rzeczywiście potwierdzone - bardzo tajemniczo to wygląda: coś, co znajduje się poza naszym horyzontem obserwacji, coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć (i, jak mi się zdaje, nigdy nie zobaczymy) wywiera przemożny wpływ na elementy widzialnego Wszechświata. I jest to coś, co musi mieć wymiary i masę przekraczającą absolutnie nasze dotychczasowe wyobrażenia… Czyżby złowrogie Imperium (w końcu ciągle pojawia się przymiotnik “ciemny”, a stąd już droga niedaleka do Ciemnej Strony Mocy i niezapomnianych “Gwiezdnych Wojen”) ponownie kontratakowało?
Praca zespołu Kashlinsky’ego
Źródła:
Opublikowany w kategorii ASTROFIZYKA, GALAKTYKI, KOSMOLOGIA, NAUKA
12 komentarzy »
Najświeższe komentarze